Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I nagle — stop!
Czarna posępność zapada na czerwień, jak ciężka kurtyna na scenę pożaru.
Julek przechyla się ociężale ku sąsiedniej loży przez spadzistą, pluszową, kapryśną ślimacznicą opadającą rampkę — wyszczerza zęby ku olbrzymiemu karkowi sfaldowanemu i jak gruba, niewędzona, krwią podbiegła kiełbasa, leżącemu wałem obrzydliwym na kołnierzu — świński, psiakrew, kark —
— świetny punkt programu, panie dyrektorze, świetny!
Mówi tak Julek do właściciela lokalu, bo idzie o kredyt w tym drogim zakładzie. Nikt z nich czworga nie ma już przecie forsy; utonęła w licznych „kwarytkach“.
Gruby kark pierdnął: ppach! — Nie lubi gruby kark konfidencji z gośćmi; gruby kark wie co to znaczy.
Coraz więcej dymu i nagości, tyle tylko, że te danserki copochwila co innego na łbie, to cylinder lśniący, to dżety błyszczące wokół głowy na drżących drutach, to, jak tamta, pióra strusie, to znów błazeńskie tulejki papierowe na bakier — żeby, wiecie, tylko nie całkiem nago; no bo wstyd przecie; i nieprzyzwoicie; i tam też na wygolonych wzgóreczkach jakieś fidrygałki: karta, brelok, piórko, zegarek, gwizdek, kwiatek; musowo; żeby znowuż zgorszenia nie było na świecie.
Cyprjan przymyka oczy — choć to nic nie znaczy i żadnej różnicy — i tak jest pod powiekami czerwono; purpurowo w złote, ruchliwe glistki po krajach. Pomimo tej kurtyny czarnej; ponuro.