Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wątpliwości, że kochała, miłością odurzającą, swego męża, chlubiła się i pyszniła swoją i jego miłością. Źle, jak to przeważnie bywa, napoczęta, nie odczuwała z początku zbyt silnych emocyj, później wciągnęła się w rytm płciowy i przeżywała z nim płomienne rozkosze, a gdy ten rytm, pod wpływem niedosytu dziennego — był dobrym mężem w nocy, w dzień zrażał brakiem inteligencji i czułości — znów w niej osłabł — umiała ruchami i jękami znakomicie podszywać się pod spazmy szału i orgazmu; na spacerach miejskich pyszniła się nim, z dumą łowiła spojrzenia i naszepty: cóż za para! cóż za mężczyzna. — Wszystko to jasne, słuszne i normalne. — A potem ten cios. — Zdrada. — Współzawodnictwo forsowne z rywalkami — tu tych udawań szału płciowego najwięcej — z rywalkami, które posiadały wszelką niższość w porównaniu z nią, prócz jednej przewagi: nowości. Teraz: wstręt, pogarda (i dla siebie samej też), nienawiść, choroba nerwowa. I ostatnie wygranie się miłości w rozżalonym krzyku owego poranka, gdy to wszystko zaczęło się kotłować, mierzić i boleć.
Życie stawało się z dnia na dzień coraz bardziej zmorowate.
Co kilka dni, lub też i dzień po dniu — śpieszył do niej rozdygotany niecierpliwością, pełen nagromadzonego jadu i toksyn myślowych — koleją, lukstorpedą, autem — — i już znów z rozżaleniem i nostalgicznością nie mającą żadnego oparcia w rozsądku; — gdy zbliżał się do jej domu, gdy już widział okna jej mieszkania i to jedno w ich pokoju z szerokolistną lipą wyglądającą na ulicę — jątrzyły