Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szorstki ale dobry; zaliczkę można było zawsze wydębić — podchlebstwem i lizuństwem; a gdy aktorka to płaczem; w stosunku do zespołu niewieściego korekt, to trzeba powiedzieć, żadnych siucht, romansideł, ten tego, nigdy nic; żadnych świńtuszeń; porządny człowiek. — Na ogół jednak był jednym z tych arcylicznych u nas poprawiaczy charakterów, co to z obywateli robią poddanych, a z ludzi prorządowców; naprawiacz. Czyż więc trzeba dodawać, że sanator? — chyba tylko dlatego, żeby ktoś nie przypuszczał, że endek; niuanse są tu, to prawda, bardzo subtelne; — jedni żyją w cieniu ministerstwa skarbu i banku gospodarstwa krajowego, a drudzy wywieszają łaknący język w skwarze pożądliwości i tęsknią do cienia tych pięknych gmachów; niby mała różnica, a jednak niezmiernie ważna; decydująca.
Takie oto myśli i uwagi wirowały po scenier za kulisami, w kurytarzach i na widowni.
Pan dyrektor siedzi w swej loży mocno w fotel wparty, ręka o krótkich szerokich palcach na aksamitnym parapecie wypoczywa sennie i bezwładnie. Pan dyrektor obrzucił pospiesznie ostrym spojrzeniem widownię; wzrok utkwił w scenę; nie bardzo się orientuje, co się tam na niej dzieje i wydziwia; — nigdy „Horsztyńskiego“ nie czytał; ani czasu, ani ochoty, i wogóle: poezja! — Zdziwił się trochę, że aktorzy prozą gadają, czyżby reżyser... ale był ostrożny, nic nie powiedział; — natomiast pilnie baczył, żeby jakichś niemoralnych sytuacji na scenie nie pokazywać, n. p. za wysoko podkasanych spódniczek, za dużo nóg kobiecych, niedość szczelnie zasłonię-