Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nowo? — mieszkanie — meble — system życia? — i tyle zastarzałych konieczności, cała ta kapryśna higiena pisarska — o tej porze to, teraz kawa, a herbata to ma być taka — a teraz nie wchodzić — nie puszczać nikogo — — ech! — i co? — tym, choćby i dorastającym, dzieciom się odebrać — tamtym się nie dać — — zresztą nie to nawet! pal diabli! — ale co za bezsens, że niby małżeństwo?! — komu to i na co to potrzebne? — notariuszowi? urzędnikowi hipotecznemu? — sąsiadom może, psiakrew, tym z pierwszego piętra i tym z parteru?! — żeby tylko bardziej skomplikować, bardziej uniemożliwić, żeby już było całkiem niedozniesienia — — — —
Do loży prosceniowej wszedł dyrektor; niski, krępy — korpus pożyczony od dużego mężczyzny, nogi własne, krótkie; stąd dysproporcja: gdy siedział: chłop mocny, krzepki, duży, gdy wstał: mały; tyle, że szeroki; twarz, na psa urok, musoliniczna, też taka tępa i pełna kabotyńskiej pychy; żądał od aktorów zdobycie Posa i oddania dziesięciu strzałów ku chwale matki-ojczyzny; bigot ojczyźniany, z tą małą poprawką w pierwszym czytaniu, że ojczyzna to pułkownicy i pan wojewoda; sam major w rezerwie; marzyciel: ach, wojna, mawiał zadumany, wojna, to dopiero życie! — kawaler złotego krzyża zasługi; dla teatru krzyż pański. Wymagał zawsze kategorycznie obniżenia poziomu, pospolitego chwytu, szmiry prowincjonalnej — bo, publiczność nie rozumie, nie zrozumie, szkoda fatygi, trzeba, panowie, na gust publiczności, dla wszystkich, niziutko, panowie, niziutko, jeszcze niżej, — Wiernopoddańczy dla władz, pies dla podwładnych, w sumie człowiek dobry;