Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Julek, wszyscy: Julek; — nachyla się ku reżyserowi, który wreszcie usiadł na chwilę — przed nimi —:
— co się pan tak szarpie? — zdrowia szkoda; dyrektorowi i tak się wszystko podoba w „jego“ teatrze —
— a co pan se myśli, że publiczność składa się z samych dyrektorów? — naucz się, szczenie polskie, ie tu przychodzą i tacy, co się znają na teatrze, a zresztą zawsze trzeba dobrze robić, wiedz se, szmira to nieróbstwo —
Ale już nasrożony ku scenie:
— reflektor! co jest? — reflektor! z prawej górnej, żółte szkło! — Chrystepanie! Jezusiemario!— żółte! szakale — żółte! — zapisać na czymś widocznym: żółte! — przez „ż“ i „o“ z kreską — analfabeci pierońscy — i żeby mi już jutro bez gadania bo nogi powyrywam i dam się nimi w antraktach bawić publiczności — ale przed tem dam wyparzyć w łaźni miejskiej —
Znowu dzwonki; zewsząd.
— tylko bez chichów! — To zdanie do grupki młodych aktorek, które akurat coś tam między sobą miały śmiesznego.
— panie Czemsz, chwalićboga tylko półtoragodzinne spóźnienie — dawaj pan gong —
— Lachowicz właź pan — no, już! —
Bjummm!
— panie reżyserze — —
— ani słowa, pogadanki potem —
— kiedy ja — —
— nie będę z panem teraz romansował; mówię