Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po kurytarzach i garderobach wszyscy już wołają, kto słyszy podaje krzyk dalej — gmach cały jest jak las, w którym zabłąkane echo obija się o pnie —:
— panie Lachowicz! — panie Lachowicz!
Znalazł się wreszcie; ten Lachowicz; napędzany i płoszony tym zewsząd tropiącym wołaniem, wpadł zdyszany na scenę — wysoki, zażywny — mruży oczy — podchodzi na skraj rampy — wpatruje się w mrok widowni — głowę wysuwa jak kura gdy o zmierzchu do kurnika wraca —:
— jestem! — pali się? —
— jeszcze nie, ale się będzie zaraz paliło — znalazł się gagatek — no, złaź pan teraz ze sceny! — za pięć minut zaczynamy — — no nie stój-że pan tu, bo nic nie widzę co tam robią —
Dzwonki trajkocą — na lewo, na prawo, z góry.
— pierwszy kanał! dawać kanał! — mówiłem wczoraj, a mówiłem — zapisał pan sobie, panie Czemsz? — gdzieś se to pan zapisał? — sto razy trza powtarzać! głos zedrzyć! — to jest teatr! ludzie, ludzie — bo się wścieknę! —
Nikt się tymi krzykami zbytnio nie przejmuje; to zawsze tak, a jeszcze nikogo, tfy, tfy, szlak nie trafił, ani się nikt nie wściekł; to się tylko tak mówi na pas blind, i żeby zadyma była.
Obok Cyprjana — w czwartym rzędzie krzeseł, pole widzenia stąd dobre — siedzi miody aktor, rosły, zamaszysty; trzeci rok dopiero w teatrze, lecz już coś znaczy; zdolny i pracowity, Julek; oczywiście ma też i nazwisko, wszyscy mają, ale o nim zawsze: