Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przekroczyły rampę i eksplodowały na widowni; to wszystko. Bez wybuchu w finale też się obejdzie; knalefekty — jeszcze czego! — a od czegóż słowo?! — reżysersko tak trzeba przygotować, podciągnąć, dać to wszystko, co do tych słów zmierza: — „nie widzę żadnej drogi przed sobą... co robić? — powiedz wahająca się myśli, co robić?“...
Kurtyna podniesiona: ponura otchłań sceny zimnej zarośnięta fantastycznymi dekoracjami ze stu sztuk; wszystko zwarzone i zwiędłe; — szwędają się maszyniści; — na widowni ciemnej i pustej, za dnia katakumbowej, z nyżami lóż na szpetnych umarlaków — kilka osób, aktorzy, reżyser blady i zły; wszyscy reżyserzy są zawsze źli; irytacja to ich fach.
Teraz ustawiają tam na scenie kulisy i sprzętów trochę, stół i stołki — tak tylko na miganego, żeby aktorzy znali wejścia i wyjścia, i żeby nawykli do ruchów w odmierzonej przestrzeni, żeby przyrosła do nich, a oni do niej.
— prędzej tam! co jest do jasnej cholery! — ruszacie się, psiakrew, jak muchy w mazi —
Jeszcze się nie zaczęło, a reżyser się pieni — blady, brwi ściągnięte, wargi zagryza — — wypadł na kurytarz — wrócił — przebiegł wzdłuż sceny — spojrzał stamtąd w lewe zakulisie — już stoi naprzeciw budki suflerskiej —
— prędzej mówię, bo was tu wszystkich szlak trafi, jak zacznę kląć! — gdzie Lachowicz? — ma pierwsze wejście —
Krzyczy, aż dudni po galeriach pod czarnym sufitem:
— panie Lachowicz! — panie Lachowicz! —