Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


razy — stała tam w białym szlafroku, w białym zawoju na głowie, zdołała już zrobić papiloty, więc zawój, — wtedy też na drodze kamienistej zawój miała, czarny wtedy — — rękami wsparta o ramę okienną — rozkrzyżowana niemal — czoło przyciśnięte do szyby — — po gładkim szkle spływały łzy jak deszcz — — mgliły i zamazywały twarz i piersi — — ponad tym opływającym wodnym szkicem rosły coraz większe, coraz obłędniejsze, blado-lazurowe oczy — zagarniały i chłonęły domy i ulicę, miasto i przestrzeń — tak, że ręce przed siebie wyciągać trzeba, aby nie pobłądzić w nieogarnionej błękitnawej mgle — — szedł już teraz w tajemniczym świecie źrenic, w ich patrzeniu brodził po szyję, zalewały go, topiły, nurzały w bezdennym żywiole — — — wysoko, widziane jakby z pod grubej tafli wody, majaczyło chwiejnie i druzgotliwie okno — wyższe i dalsze niż tamto w facjatce na Kanonii — — niedosięgalne — —
Przez cały czas jazdy chodził po kurytarzu wagonu.
Prosto z dworca poszedł do teatru.


Szła próba z „Horsztyńskiego“; — uzgodnili byli przed tygodniem z reżyserem Bieleckim całą tę sprawę jak się rozegrać miała na scenie — i, że stanowczo bez parszywych dorobek, bez któregokolwiek z czterech głupkowato projektowanych zakończeń; nie potrzeba; przecież i tak cały tragizm, i jaki! jest w tych słowach Szczęsnego: „nie widzę żadnej drogi przed sobą“ — tylko je powiedzieć tak, żeby