Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


moralne oczywiście; — i cóż ja przy tym — ja to jestem bydlę — z tego moralnego stanowiska — — ale jest we wszystkim jeden, ostateczny tragizm: Mila to największa miłość mego życia — i ta bezsprzecznie wielka sprawa nakrywa sobą wszystko! — tu niema już nic do powiedzenia — — oto tak wygląda tragedia —
— co ci jest An! — An, co ci jest! —
Przytuliła się nagle do niego, wodziła rozkochanymi palcami po jego twarzy — głaskała rozrzucone włosy.
— An — An — An — mój An — mój śliczny. An mój jedyny —
— nic, maleńka, nic —
Odsunął ją.
(Tego dnia mógł zostać do południa)
Mila wstała, szybko włożyła koszulę, otuliła się szczelnie białym szlafrokiem; — nigdy tego nie robiła; — wiedziała przecież, że lubił rozmiłowanymi oczyma wodzić za nią, gdy naga krzątała się po pokoju; była bardzo zgrabna; klasycznie piękne i doskonałe były jej plecy melodyjne i cała architektura z tyłu — wypukłe, małe, jędrne pośladki wzniesione na kolumienkach zgrabnych, śmigłych nóg — wydłużona skanzja stanu, łopatki i ramiona nieomylnie związane z szyją — kształtna, chłopięca głowa, radosne wichry włosów —: muza, muza kallipigos, dobry duch wrzosowych polan, kształt poezji ziemi.
Teraz odziała się szybko, bardzo zawstydzona i skulona.
Zrozumiała jego nieprzychylny wzrok.
Prędko wyszła z pokoju.