Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drażnieniem — — szeptów jego słuchała roztargniona i odbieżona — — długimi, wąskimi palcami obrysowywała geometryczny deseń gliniańskiego kilimka nad łóżkiem.
— co ci jest, maleńka — ? —
— nic —
— tak posmutniałaś nagle —
I — gładząc jej piękne plecy — szeptem:
— czy co nie dobrze zrobiłem — ? —
Zawsze ten w nim utajony lęk, że może niezbyt zręcznie lub zbyt samolubnie pieścił i nie doprowadził jej do orgazmu, lub zgoła zniechęcił; lęk nieuzasadniony, zachowanie jej przecież było wymowne, wyraziste i napewno nie udawane; — lęk ten miał swój aspekt lirycznej czułości niechybnie barwionej nalotem masochizmu, a równocześnie był fobialnym wynikiem pożycia z Wicią, tak trudną do rozgrzania, chłodną i niereagującą, z aparaturą zamkniętą na cztery spusty.
— ach ty, An, — zwała go stale An — kochanku cudny, tybyś niedobrze zrobił, ty — ! —
— więc co — ? —
— ech, nic; nie; poco mówić —
Palce jej coraz nerwowiej obiegają kontur desenia — to znów odchylają się nagle jakby się zrywały do ucieczki spłoszonej.
Wtuliła głowę w ramiona:
— powiem zresztą — myślałam o przeszłości — brrr! — Wzdrygnęła się cała, zaplotła niecierpliwie nogi, głos obniżył się o kilka tonów, stał się prawic gardlany: — temu żołdakowi zdawało się, że jak