Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— mój Budda, szeptała upojona i syta miłości, która konchami uszu wsączała się w nią jak ożywcza, ciepła, ratownicza transfuzja krwi — mój Budda —
(— przypomniał się „bożek“ pani Ho —)
Czy rozumiała w pełni jego eksplozje wizyjne, sumujące dostałość przeszłości, wartość i jakość teraźniejszości z tym najpiękniejszym co idzie: niespodzianą przyszłością? — W przeważnej mierze tak; zresztą w szeregach licznych nocy powtarzały się myśli i sentencje, dedukcje i rezultaty — mogły się więc utrwalić w niej, zakorzenić, rozwijać i róść; miały najważniejszy nawóz: czas.
Jeszcze już tylko boga, tę dobrą, opiekującą się dziećmi podczas ich licznych chorób, boziuchnę wyratować chciała z opresji wcale gwałtownej. Wyznanie samo pracowało skutecznie przez ciężkie lata jej życia na swą zupełną w niej kompromitację i katastrofę — wyznanie, militaryzm, państwo — to już było i jedno i drugie i trzecie jak zepsute, nachwiane zęby, które bez zbytniego bólu palcami z dziąseł wyjąć można. — Lecz jak to zwykle bywa u natur przyrodniczą wiedzy niezdyscyplinowanych, u natur wywodzących się z długich pokoleń burżuazyjno-mieszczańskich — ewolucja jej świadomości, rozrostu myśli, przestawienia uczuć, pożądała jeszcze jakiejść szczypty mistycyzmu, a raczej mistyfikacjonizmu, narkotyku podróży „w nieznane“, na gapę, tak jakby w „znanem“ brak było naboju entuzjazmu i ekstazy, tylko, że to za podróż trzeba płacić wyrzeczeniem często, a wiedzą, niejednokrotnie tragiczną, zawsze —, przeto też najdłużej broniła swej pozycji