Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przy odjeździe — przed samym już wagonem powiedziała:
— mnie pewno nie można inaczej całować — ? —
To nie było pytanie. Tylko tak — skonstatowanie, i to w ten sposób, gdy się coś smutnego stwierdza.
Więc nie odpowiedział; ostatecznie całował pierzchliwie, bezustnie prawie, delikatnie — to fakt — dlaczego? — może, żeby to takie ważne nic było? — a może były jeszcze jakieś inne przyczyny, o których żadne z nich nie wiedziało? —
Odwiedził ją po kilku tygodniach; pierwszy raz. Oficjalnie. Był na obiedzie; później bawił się z dziećmi; na podłodze; w gry różne; razem z dziećmi; synek podobny do niej, też ten układ szczęk i usta podobne; w córce typ obcy; po ojcu więc; wydłużona buzia, wargi odęte, czerwone, wilgotne. Mówiła, że Henryś to się moczy po nocach, i, że mamusia musi wciąż do niego wstawać; Henryś nic sobie z tej obmowy nie robił; śmiał się i kuglował po podłodze.

I dopiero w październiku.

Miał odjechać o ósmej; lecz był jeszcze następny pociąg o dziesiątej.
Dzieci już spały. Rwetes z tym był, bo nie chciały w żaden sposób zasnąć, ale się wreszcie uspokoiło.
Siedzieli w małym pokoiku — niebieski, a drugi był żółty — tak jak u niego na wsi; zapamiętała i tak te kolory dobrała.