Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cowych sklepików — pachnie tu pomarańczami i piwnicą — teraz wpoprzek szerokiej ulicy — a tam już płot opasujący to coś z drzewkami i ławeczkami — — weszli; aleja wyłożona popękanymi flizami, wszędzie w zagłębieniach polśniewa otwarcie woda; w powietrzu nalot mgły; wziął ją pod ramię; chudziutkie to ramię, wątłe jak u dziewczynki; — doszli do samotnej ławki; — usiedli; — pusta przed nimi przestrzeń jak ślepe oko otoczone rzęsami dalekich kominów fabrycznych; w czworokąt pobłyskują obojętne, odległe okna.
Przytulił ją do siebie. Była niepojęcie wiotka i przylegająca; jak jedwabny szal.
Poszukał pod rondkiem kapelusza; schyliła twarz; — przylgnął ustami do jej małych warg — leciutko, najdelikatniej; — poza jej wąziutkimi licami oczy jego zagarniały mroczną przestrzeń, na której krańcach lśniły dalekie prostokąty okien wysokich, wielopiętrowych domów; ponad nimi czerniły się kominy z smugami dymów ruchliwych jak krepowe chorągwie na wietrze.
A potem, że tak tę głowę miała schyloną ucałował ją w odsłonięty kark; po niedawnym widać ogoleniu był szorstki jak męski policzek; — wzdrygnęła się — —
A potem ucałował ją raz jeszcze w usta —
A potem wstali, bo ławka była mokra, lało przecież tyle godzin bez upamiętania... raz też taki deszcz był, spotkał ją na Starym Mieście, szła z tym, no, hm... ławka była mokra, przemokli na siedzeniach, bielizna się przylepiła — ukradkiem odciągali ją od ciała.