Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sześć myślników i szaro-niebieska okładka — przed tym jeszcze płaska gałązka wrzosu.
Teraz znużone myśli i niedogodność wrażenia — te same co i wtedy — przy pierwszym czytaniu: surowość materiału psychicznego, oplatanie się powojem zakłamań, własne nieprawdziwości, ambicja, chorobliwa wrażliwość na opinię, niewyżycie się miłosne (mimo wszystko),...
Dość! Koniec.
Koniec dzienniczka i koniec pierwszego rapsodu.

Spotkali się w tym dalekim, dymem zasnutym, sadzami malowanym mieście.
Raz przelotnie.
Nic.
Z siostrą.
Krótko.
Dopiero drugim razem: w kawiarni.
Siedzieli przy oknie.
Wyjęła z torebki ten jego pierwszy wiersz miłosny; prosiła o przeczytanie kilku słów; pismo Cyprjana było istotnie nieczytelne; tak na pierwsze przynajmniej. Przeczytał.
No więc przeczytał; kartkę z wierszem trzy mała tak jakoś nisko, wierzch dłoni dotykał pluszu kanapy.
Wargi jej powtarzały słowa odcyfrowane przez Cyprjana.
W kawiarni było pełno; gwar przygłuszany jednostajnym warkotem wentylatora.