Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dym, Gorąco.
A potem — czy przeprowadziła się już — ? — miała się przecież przeprowadzić; — już; ale jeszcze nie całkiem urządzona; aha; no i... A może ciastko? — dziękuję; — jedno już podziubane i niedojedzone leży żałośnie na talerzu; wstydzi się jeść przy nim;— to oznacza dużą zmysłowość; przestawienie funkcji.
— — —
Niech mi pan coś o matce swojej powie — — matce? — nie, nie teraz, nie w kawiarni; — i... — Przepraszam! — ależ... pogłaskał ją po wierzchu dłoni; delikatnie; — cofnęła rękę; — no i... Chrząknął, że...
Ależ ulewa! — rzeczywiście! — rozlało się na dobre; —
— parasola nie wzięłam; przestanie chyba —
Mijają godziny.
Odchyla zasłony żółte okna — asfaltowy pólmrok, lśniąca jezdnia i chodnik — ludzie przechodzą szybko — parasole błyszczą jak z ceraty — — klakson — trąbka — stukot dorożki klapie po swym odbiciu —
Już tak siedzą kilka godzin.
Zmieniają się ludzie przy stolikach; salę czuć odstałym deszczem. Tuż przy nich usiadła szeroko jakaś dama tęga z olbrzymim biustem — twarz otyła, zimna fajansowa — dwie czarne plamki kawowych oczu. No i nic; niema na co patrzyć. Wogóle nic. I jeszcze gorzej —
Mila siedzi bledziutka; różowe plamki pod oczami; oczy, jakby zaskoczone tym, że są oczami — nie patrzą tylko dotykają — gładzą — mijają —