Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ostatniej stroniczki pewnie spalę go. Spełnił swe zadanie, więc niema celu przechowywania go. W tych dniach muszę już wracać. Wciąż marzę o zobaczeniu go raz jeszcze i o rozmowie.
Ale — choćby nawet do tej wielkiej radości nie doszło to i tak wrócę prawie szczęśliwa — Ja? — szczęśliwa? —
A jednak dzieją się, widać, cuda, na tym spłachciu cudnej ziemi, naprawdę, nietylko w poezji!

Tego dnia — południe
Około jedynastej — zapisuję to dziwne zdarzenie, niepojęte dla mnie, pod świeżym wrażeniem — więc około jedynastej wyszłam w pola, dość daleko, w każdym razie tak, żeby ani chat, ani ludzi nie było. Na południowym opadzie wzgórza słońce grzało co się zowie. Chciałam skorzystać z ostatnich ciepłych dni — no i wyjechać wnet muszę — i postanowiłam jeszcze trochę użyć kąpieli słonecznej. Wybrałam polankę pełną ślicznych wrzosów i dość wysokich, suchych lecz nieuschniętych traw i ziół. Bardzo tu pachniało, a że słońce prażyło, tym bardziej. Powietrze aż drżało z nagrzania; i ta odurzająca woń, bo to i wrzosy i skabiozy, macierzanka i mięta, melissa i koniczynka biała. Było cicho i bezwietrznie. Rozebrałam się prędko, zrzuciłam koszulę i nagusieńka jak mię Pan Bóg stworzył położyłam się plecami do słońca, a brzuszkiem do tych ziół, kłóło trochę, ale potem się ułożyło jakoś. — Ciepło i strasznie przyjemnie. Po chwili przewróciłam się na grzbiet, założyłam ręce za głowę, podniosłam nogi w kolanach