Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lami żałuję, że on jest tak zwanym „pięknym mężczyzną“ — Cudnie byłoby tak go kochać jak kocham — właśnie gdyby był brzydkim. — Głupstwa piszę — przecież on sam woli być pięknym niż brzydkim — więc i ja chcę tosamo woleć!
A żona jego? — Myślę, że niewiasta ta musi mieć ukryte jakieś wielkie walory, nieuzewnętrzniające się tak na pierwszy rzut oka — skoro on ją wybrał. — — Szczerze, naprawdę szczerze pragnęłabym ją polubić. Ale idzie to jakoś opornie. Nie czuję z jej strony żadnej w tym kierunku zachęty i to mnie mrozi. — Nie wiem, czy mogę ją uważać za szczęśliwą? — Chwilami mi się zdaje czegoś, że los jej podobny jest do losu żony Krasińskiego.

Niedziela, 3 września
Długo nic tu nie pisałam.
W piątek, sobotę i niedzielę było cudnie. Odkąd tu jestem poraź pierwszy tak się zdarzyło, że widziałam go trzy razy z rzędu, dzień po dniu. W piątek krótko; późno było i ściemniało się wcześnie. Opowiedziałam mu kawałek mego życia — trochę moich lat dziecinnych. — Jakby było cudnie opowiedzieć mu po kolei wszystko co pamiętam. Ale widzę, że trzeba się tego wyrzec i skrócić się. W kilku zdaniach tylko streszczę mu dzieje moje przedmałżeńskie (o dwu mych miłościach i tak już wie), potem szerzej nieco opowiem dzieje tych jedenastu lat „w jarzmie“ — i prosić będę o rady co do przyszłości mej i dzieci — jak je chować — jak żyć — czy tylko już dla nich — z myślą o tym, że one wszak są dalszą moją kontynuacją? — Czy też