Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odmówiłam, tłumaczyłam się tak: „tego, cobym tu napisać pragnęła — napisać mi nie wolno — a tego co w najlepszym razie napisaćby mi było wolno — napisać nie chcę“. — Co też on sobie pomyślał o tym? — Nie wiem, ale o wpisaniu więcej nie było mowy. Naprawdę zbyt byłoby mi przykro napisać Mu coś takiego, jak pierwszemu lepszemu „wielkiemu człowiekowi“.
I jeszcze coś tu napiszę — — przecież tego nikt nie przeczyta (w domu schowam to pod klucz) — — że, gdy wstałam wreszcie, by odejść — było tak ciemno — pomógł mi zejść ze schodka, łączącego te dwa pokoje, i wziął w tym celu w swą prawą rękę — moją rękę lewą, wysoko, tuż pod ramieniem. I trzymał tak dość długo, nim doszłam do drzwi sieni. Przez cienką warstwę jedwabiu bluski czułam ciepło jego ręki przenajdroższej...
Więc pojutrze, w piątek będę z nim mówić — zobaczę go — o co za szczęście! — o Boże, spraw w miłosierdziu swym, by on mnie trochę choć lubił. — Wiem, że bardzo lubieć mnie nie może. I za głupia jestem na to i za zła i za brzydka; niestety! —
— Chwilami zresztą zdaje mi się, że nie jestem taka bardzo już brzydka; wiem, że jestem dobrze, choć filigranowo zbudowana. A i twarz wydaje mi się chwilami „dość sobie“. Gdy w sobotę siedzieliśmy tak wszyscy przy stole w tym pełnym poezji domu odmiennym — czułam, że wyglądam dobrze przy tym blasku świec w staroświeckim kandelabrze.
Co też on o mnie myśli? — Ach, napewno nigdy wogóle nie myśli o mnie i nie pamięta o moim istnieniu z chwilą, gdy zniknę mu z oczu. — Chwi-