Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prowadzę z nim długie rozmowy. Chodzimy sobie w czasie tych rozmów po cudnych dróżkach i miedzach tutejszych „we czworo z cieniami naszymi“ jak on chodził kiedyś z cudną panią Ho. Powiedział mi to w tajemnicy. Boże, jak to cudnie wiedzieć, że mi mówi coś takiego, czego nie mówi innym ludziom. — I powiedział, że nie znał jej jeszcze wtedy. To jeszcze cudniej. Ucieszyłam się, że tak można. Bo niepokoiło mnie czy ja tylko sama jestem takim dziwadełkiem — — teraz myślę czasem, że ja go już może kochałam, nim go poznałam — więc przed laty... nie wracajmy do tego! — — W rozmowach tych urojonych jestem bardzo wymowna. A gdy sie znajdę przy nim zaraz i coraz bardziej czuję się onieśmielona. Nieraz chcę coś odpowiedzieć i wstrzymuję się, bo mi naraz się wydaje, że ta odpowiedź będzie jakaś pozerska, afektowna. N. p. dużo zawsze nasuwa mi się urywków poezji — i jego i innych, cytatów różnych — gwałtem muszę sobie nakazywać nic mówić tego, żeby nie być taką żywą, kiepską encyklopedią. Ot, wczoraj, gdy już bardzo było ciemno w bibliotece, a my tam jeszcze siedzieliśmy, powiedział: „widzę w tej chwili tylko ręce pani“; a mnie momentalnie się nasunęło to zdanie: „po szynach rąk dwu sprężonych w mroku jak gronostaje w znaglonym skoku“ — i znów się ugryzłam w język, żeby to nie wypadło głupio, tym bardziej, że to było przecież powiedziane do kobiety, którą kochał, więc może wydałoby mu się bluźnierstwem w zastosowaniu do mnie.
— Acha, jeszcze coś było ważnego! gdy mnie prosił o wpisanie się do księgi pamiątkowej — ja