Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kim zdrowszą matkę, o niestarganych tak doszczętnie nerwach. — — —
Poco ja to właściwie piszę o tych brudach? — Nie miałam tego zamiaru bynajmniej. — Wogóle poco ja i naco to piszę? — Chyba po to, że w ten sposób jaśniej to wszystko mogę przemyśleć. A przemyśleć to wreszcie muszę i jakoś się z tym uporać.
O Boże, gdyby on, poeta, zechciał o tym pomówić ze mną. O, cóżbym za to dała, żebym otworzyć przed nim mogła me serce. — Wiem, czuję to instynktownie, że on poradziłby mi i dopomógłby lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. — Ale to zbyt śmiałe pragnienie, więc nie wiem, czy będzie mogło się urzeczywistnić. I — czy umiałabym, mówiąc z nim tak, szczerze, ukryć to, co ukryć powinnam — to, co jest w tej chwili mym największym skarbem, skarbem bezcennym, którym nie wolno mi się z nikim dzielić? —

Niedziela 13. VIII. 33.
Była wczoraj taka chwila, że mówiłam w saloniku na górze z nim tylko. Dziwnie mile się mówiło. Sama sobie się dziwię, że „odkrycie“ moje nie onieśmiela mnie. Tak dobrze było otworzyć trochę przed nim serce. Powiedziałam mu o swych dwu miłościach. Ale krótko to trwało; napatoczyli się goście — co chwila ktoś wchodził, kogo nie posiano. Po podwieczorku całe, dość liczne — jacyś poeci młodzi, malarze, rzeźbiarze — towarzystwo zasiadło w tym samym pokoju. Jeden z młodych grał na fortepianie trochę śmiechu, rozmów. Było miło. Wolę nawet takie większe towarzystwo, niż nieznośną trzecią osobę. Zwłaszcza, że on siedział obok mnie i co