Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pozwolę. Względnie — abstrahując od wyczynów ich t. zw. ojca, który od roku już nie spędzał w domu ani jednego wieczoru, a i na samą noc teraz coraz rzadziej się zjawiał.
Zosienka (to starsza moja córeczka) powiedziała mi raz: mamusiu, mnie mówiła Kazia z piątego oddziału, że ja jestem bardzo biedna, tak, jakobym nie miała tatusia, bo mój tatuś wcale nie jest nigdy w domu, tak mówili jej rodzice i ona słyszała i mi to w sekrecie powiedziała. — I jeszcze mi mówiła Kazia, że tatuś zawsze chodzi z panną Alą z biura do kina i do teatru i na kolację, i że tatuś śpi w jej domu, i pytała się mnie, dlaczego tatuś tam śpi, bo jak tatuś jest z nią cały dzień, to powinien choć na noc przyjść do domu; mamusia niema przecież rewolweru, więc jakby przyszli bandyci, toby nas zamordowali, a tatuś przecież powinien nas bronić. — Wieczorem tego dnia rozmawiałyśmy sobie, ja i Zosienka, długo i poważnie. O ojcu także. Wiedziałam, że zabił on miłość do siebie w dzieciach. — Lecz czy ta miłość nie była raczej przezemnie sztucznie rozdmuchiwana dawniej, stałym ukrywaniem jego błędów, a podkreślaniem rzekomych zalet? Kłamstwo od początku, kłamstwo we wszystkim. Boże, czegóż to ja nie zrobiłam, żeby to jakoś skleić wszystko. Miotałam się jak nieszczęsna ryba w sieci. I poco było ten syzyfowy trud podejmować — dla jakiej idei? — Tyle obrzydliwości! — Robiłam to niby dla dzieci (wedle księżęcej recepty). A przecież, gdybym była wcześniej zdobyła się na to, by stać się tym wolnym ptakiem, jakim dziś jestem — dziecięta zyskałyby na tym tylko — miałyby przede wszyst-