Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dom już nie uważałam, do mego jarzma, do pracy za ciężkiej na me siły tak wątłe (nic trzymałam już służącej, bo nie pozwalało na to zgorszenie), do cierpienia, które wielokrotnie przechodziło me siły psychiczne. — Wreszcie przestałam chodzić do Ciebie Czułam się za nędzna i niegodna tego, zwłaszcza odkąd myśl o samobójstwie kiełkować zaczęła w mym mózgu. I ze zdrowiem mojem tak się wtedy pogorszyło, stale żyłam w wysokiej gorączce, krew się znów z płuc zaczęła pokazywać, potem lekarz, do którego się raz, na prośbę mamusi zwróciłam, stwierdził nerwicę całego organizmu, zapisał jakieś zastrzyki, których ja oczywiście nie brałam. Natomiast nie chciał mi zapisać weronalu. Poradziłam sobie, zapisała mi to i przysłała w liście dawna koleżanka, lekarka, której nabujałam, że mi tylko to pomaga. Wiedziałam z gazet, że trzy pastylki wystarczą, a ja miałam ich dziesięć! więc pewne. — Czyniłam gorączkowe przygotowania, oporządzałam i obszywałam dzieci, pomagałam im w lekcjach na zapas, starałam się być dla nich jaknajłagodniejsza, żeby jaknajlepsze o mamusi swej zachowały wspomnienie. Zaraz po Nowym Roku 1933, w czasie wakacji zimowych, chciałam je wysłać do matki, a wówczas sama — — w jego oczach — — zemsta to będzie za moje życie złamane — — —
Lecz tymczasem zbliżały się Święta. Przygotowania jak zwykle. Z synkiem i ordynansem kupiłam na Placu Magdaleńskim choinkę. Mój „złotowłosek“ sam ją wybrał i tak się cieszył. Patrząc na to doznawałam pewnej ulgi, że nie zepsuję dzieciom tej Gwiazdki, że jeszcze im ją, względnie miłą, przeżyć