Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tak dalej — dziewięć lat zgórą męczarni. Ciągłe choroby moje i dzieci, kilka operacji, wieczna troska materialna, trudność wiązania końca z końcem, częste przenosiny i przeprowadzki. I gdzież tu miejsce na rzeczy wyższego porządku? — Były i chwile lepsze, że zdawało mi się, iż się to jakoś ułoży. Ksiądz K. był mi wielką pomocą. Umiał mnie on zawsze taką wiarą natchnąć, że mówiłam sobie „contra spem spero“ — i siłą mego pragnienia i wierzenia chciałam przecież jakoś ulepszyć to małżeństwo nasze, choć byliśmy przecież tak kompletnie niedobrani. Ja byłam dla niego i za mądra i za głupia. Z jednej strony za wielka indywidualistka, z drugiej życiowo niedoświadczona i właśnie głupia. — Daleką też jestem od tego, żeby jemu jedynie przypisywać winę, że złe było nasze małżeństwo. Dużo było i mojej winy, a przede wszystkim winne było nasze niedobranie się.
Lecz przyszły dwa ostatnie okropne lata. Przyszły wstrętne, cyniczne, brutalne, fizyczne zdrady z jego strony — a więc i to ostatnie zło, jedyne dotąd mi oszczędzone. — A ksiądz zaklinał mnie wciąż że „nie wolno mi się cofnąć przed żadną ofiarą byle zachować dla dzieci dom i ojca“. I kazał cierpieć. Mówił, że ty żądasz tego odemnie, Jezu! Czyś Ty naprawdę żądał tego odemnie, Ty, któryś widział moją straszliwą mękę tych dwu lat, potępieńczo ohydnych, moje poniżenia, upokorzenia, cierpienia okrutne? — — — Jezu! biegłam do Ciebie tak często, raniutko, gdy dzieci spały jeszcze, przyjmowałam Twe Ciało Najświętsze w cichym karmelitańskim kościółku — i znów wracałam do „domu“, który za