Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczerym i otwartym; uśmiecha się rozkosznie. Duże czarne oczy, twarz owalna o rysach miękkich. Ma być podobna do matki. Nie mogłam stwierdzić, bo nie widziałam pani, niestety. Przypuszczalnie drugi raz nie będę już mogła być w tym domu. — Ano może i lepiej, że więcej tam pewnie już nic będę. — Bo to było tak cudnie piękne, że, skoro nie dało się zatrzymać wołaniem: „trwaj chwilo — jesteś piękną!“ — to może lepiej nie powtarzać tego, a przeżywać tylko we wspomnieniach!

Noc z niedzieli 6-go na
poniedziałek 7-go sierpnia.
Piszę to późną nocą. Napróżno starałam się zasnąć. Słyszałam jak zegar obok, u Borutów, bił kolejno: jedenasta — dwunasta — pierwsza — druga — — Niedługo świtać już zacznie. Nie mogę leżeć. Serce mocno bije i twarz cała w ogniu. Nic wiem, co się ze mną dzieje! — — Właściwie wiem — i nie wiem. — Ja już od dawna uświadomiłam to sobie. Tak. Byłam w Krakowie; wczoraj wróciłam. Poszłam do spowiedzi, do jakiegoś karmelity — tylko w tym celu, by mieć prawo przystąpienia do komunii. — Mam zwyczaj przy przyjmowaniu komunii prosić za moich najdroższych. Więc prosiłam za dzieciny i za — niego! — Z chwilą gdy Ciało Twoje Przenajświętsze, o Chryste, przyjęłam, z tą chwilą naraz, jak błysk ognia, uświadomiłam sobie, że on mi jest tak bliski, kochany, jak dzieciny moje.
Uderzyło to we mnie bez współdziałania woli