Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


aż do Borutów. Przywitali się z nim serdecznie — kochają swego poetę — dumni z niego. — Raczył wstąpić do mojej ubogiej izby i posiedział chwilę; coś się znów gadało; nic ważnego; co to można w takiej towarzyskiej rozmowie; ale ponad tym co się mówiło była śpiewna aura; i te dzwony w sercu.

Na drugi dzień — niedziela — popoł.
Opłukałam w źródełku moją podkowę ale niezbyt dokładnie, chciałam, żeby w niej zostało trochę ziemi z tej drogi kamienistej. I zostało.
Teraz schroniłam się do swej izdebki, żeby trochę samej poczytać i popisać. Myślę — jak on cudnie n. p. powiedział o tym organiźmie poezji, najsubtelniejszym z wszystkich organizmów, który też potrzebuje swej strawy — bez niej obumiera. Życie swe czerpie poezja z motorów dwu serc — jednego, co ją stworzyło i życiem obdarzyło — i drugiego, co ją czyta i w siebie wchłania. Jakie to prawdziwe!
Postanowiłam zdobyć się na odwagę i pójść tam w środę — do jego domu.

Czwartek 27. VII.
Byłam tam wiec wczoraj popołudniu. — Przedziwne popołudnie, spędzone w półrzeczywistości w domu z książki, jakby samo też było wzięte z książki, a nie z życia, z powszedniego życia.
Nie piszę tego dla kogokolwiek, dla siebie samej tylko i jedynie, parta potrzebą serca (kiedyś, gdy będę czuła, że droga się kończy — spalę te kartki). Więc nie będę się też rozpisywać o drogocennych, muzealnych przedmiotach w komnatach na-