Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie wiem czy to się stanie, ale któż mi marzyć zabroni? — I cieszę się, że moja zbolała dusza może już w ogóle o czymś marzyć.
Jego to już bezwiedna zasługa.
Dziękuję ci za to, poeto, poeto.

22. VII. sobota ok. godz. 3 rano.
Siedzę przy oknie. Niebo ledwie szarzeje, gwiazdy bledną. Słońce wschodzić zaczyna nad górą — nad tym może miejscem właśnie, gdzie za lasem stoi jego dom nawiedzony.
I on może już nie śpi? — wstaje tak wcześnie i pisze — mówił mi to — tak — sam mi to mówił. Mówiłam z nim! Widziałam go! Po tylu latach!
Trzeba mi to tu wyraźnie napisać, tak jak dziewczynki recytują: wczoraj, w piątek, dnia 21-go lipca, przed wieczorem o zachodzie — na drodze tej kamienistej — z pieskiem czarnym u nóg — taki jak był i taki jak w myślach — trochę taki, a trochę nie taki; siwy już; — niewiele wiem o czym mówiliśmy, zbyt byłam wzruszona; — wiem, że poznał odrazu — to znaczy nie pierwej, aż przy nim stanęłam — przecież nie spodziewał się; jakby lekko przybladł. Nie mówiliśmy o tym. — Szliśmy pod górę, naraz, przy starym dębie rzekł: „o tego przecież nie ominiemy“ — schylił się i podniósł z ziemi podkowę — i podał mi. A mnie tak było, jakby mi dzwony w sercu biły. Myślałam: „to Bóg sam rzucił nam tę podkowę pod nogi!“
Gdy doszliśmy wyżej, powiedział: „umieściła się pani w samym sercu tej ziemi“. Zaszedł ze mną