Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Cudnie jest przeczytać coś nowego — jego. Dobrze, że jeszcze dużo nie znam, więc jescze wiele razy tę rozkosz przeżyję.
Powiedział Boruta (prosiłam go, żeby wstąpił do poety i poprosił o pożyczenie jego książek), żebym wypisała czego właściwie chcę. Ale ja nie napiszę! Mógłby poznać pismo i domyśleć się, że ja to tasama istota, która... i mogłaby się zerwać ta słaba nitka!
Marzę o zobaczeniu go choć z daleka.
Już tydzień tu jestem — czuję się jednak lepiej; odrobinę; samo to przychodzi. Może tak minie tydzień drugi i trzeci i czwarty i piąty — trzeba będzie wracać i nie zobaczę go?
Fizycznie wzmocnię się napewno, skoro już po tygodniu lepiej się czuję i temperaturę mam dużo mniejszą; a i psychicznie napewno się podźwignę, dzięki czytaniu jego książek i dzięki temu — czy ja wiem, jak to powiedzieć? — może dzięki temu, że oddycham tym samym powietrzem, co on — — temu, że patrzę na ten sam kształt krajobrazu, co on — — może i on w tej chwili patrzy przez stare okno swego domu na te wysokie, szumiące czuby wielosetletnich dębów? — temu, że sercem wyczuwam tu wszędzie i we wszystkim fluid jego obecności i obcowania.
Czemuż nie umiem, jak św. Teresa, zadowolić się tym niewidzialnym, mistycznym ukochaniem?...
Czemu nie umiem z nią razem zawołać: „dosyć mi, Panie, dosyć mi jest na tym;“ — ? —
Nie jest mi dosyć.
Marzę o zobaczeniu go.