Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciężkie życie, żebym im je u schyłku zaciemniać miała własnym smutkiem. — Zresztą oni jużby mnie dziś nie zrozumieli. A dzieci moje kochane — na szczęście jeszcze mnie zrozumieć nie mogłyby, ani pojąć tego co mnie boli.
A inni? Jakże ich mało zostało — tych przyjaciół prawdziwych! Zresztą nie wiem nawet gdzie są w tej chwili Halina czy Ewa —? Przez to wszystko co przeżywałam, co przetrawiłam w samotności straszliwej, nie mając sił ni odwagi, by zwierzyć się z tym komukolwiek — potraciłam kontakt wszelki.
Prawda! — ksiądz K. jest blisko, na letnisku, o trzy mile stąd, prosił żebym do niego przyjechała. Ale ja czegoś boję się tego... cóż on mi powie? — Każe mi znów cierpieć, tylko cierpieć. A ja już cierpieć nie mogę. Już tyle cierpiałam! — Ja teraz śmiem marzyć o końcu cierpienia!
Instynktownie obawiam się teraz zetknięcia z jakimkolwiek księdzem. Mam głuchy żal do nich, za te moje ostatnie dwa zmarnowane lata. Mniejsza o mnie, ale wyszły one na szkodę tych biednych dziecek moich. A można było przecież przez wcześniejsze rozcięcie tego wrzodu — wcześniejsze rozstanie — wiele zła uniknąć. A księża mnie tumanili.
A no, trudno, co się stało — nie odstanie się — teraz trzeba mi koniecznie skrzepić się jakoś i ratować, ratować!
„boć nic jest trudem ukochać dobro i piękno, raczej wytchnienie to — łatwość; aleć zło kochać! brzydotę! — to jest dopiero ów cud, mieniący owo zło w szlachetność złotego kruszcu“.
Pamiętam!