Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


raźnie przypominają się teraz słowa z jego książek i dźwięczą w sercu.
Nie mam, niestety, żadnej tu ze sobą. Wogóle mam ich na własność kilka zaledwie, a i te jeszcze zabite w pace, nie mogłam się do nich dostać, prócz jednej, którą wyciągnęłam przez szparę, bo jest cienka.
Boże, jak ja ją czytałam wtedy... w tę noc lutową... Ale nie chcę o tym myśleć dziś jeszcze.
Trzeba to, naturalnie, przemyśleć wszystko i uporać się z tym jakoś, ale jeszcze nie dziś — jeszczem na to poprostu fizycznie za słaba. Po tych wszystkich strasznych przejściach czuję się jeszcze tak źle, sił nie mam za grosz. Sypiać zupełnie nie mogę. Masę leżę, bo kładę się o zmroku, ale sen przychodzi rzadko i na krótko. Winne temu te myśli, kłębiące się w nieszczęsnej głowie. A odpędzić je tak trudno!
A jednak czuję, że w tej chwili wszędzie na świecie czułabym się jeszcze gorzej, niż tu — tu właśnie na tym kawałku świata jest dla mnie w tej chwili miejsce jedyne.
Tęskniłam do tego kawałka ziemi — nie znając go jeszcze. I tęskniłam do samotności.
I jeszcze tęskniłam i tęsknię do człowieka, jednego człowieka, dobrego, wyrozumiałego, coby mi zechciał choć trochę, choć krzynkę pomódz, jakichś trochę dobrych słów mi dać, żebym nie była tak straszliwie sama.
Bo tak się stało, że zostałam naraz samotna, choć miałam kiedyś trochę bliskich ludzi.
Rodziców oszczędzać muszę. Dość oni mieli