Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na końcu jej piękna fotografia: w stroju balowym.
— śliczne zdjęcie! — zachwycił się!
— to nad ranem, po balu —

(— wyobrażam sobie jak cię wyobłapiano! — to wściekła frajda wyłuskać nagie ciałko z takich pięknych, szeleszczących szmatek; — z fotografii unosi się wyraźny zapach spermy — wstrętnej bo obcej —)

O dawnym — ileż to lat? — trzynaście, czternaście — spotkaniu nigdy ani słowa; wogóle nic; jakby teraz właśnie i dopiero pierwszy raz w życiu; poza kilku słowami wtedy na kamienistej drodze — nic; nieumówiona umowa.

I znów tak trwały dni w nieruchomości.

Mila zwabiała do siebie, do tej sośninowej izdebki gromadki dzieci — cyprjanowe też — obładowywała je łakociami i — uczyła piosenek legionowych — pełna tradycjonalnego, polskiego zaleniwienia, które publicznie i prywatnie przedłuża minioną epokę o dwadzieścia, trzydzieści, może i więcej nudnych, beztwórczych lat; ba, gdyby nie presje i napory idących granicami Polski dziejów, jakże chętnie tkwilibyśmy w pojęciach XIX-go, XVIII-go, najchętniej XVII-go wieku. Rezerwujemy sobie przynajmniej tyle, że polityków naszych ciągnie ku państwom reakcyjnego obskurantyzmu; — tradycja pojęta jako zacofanie, reakcyjność, anachroniczne bzdury — oto co jest miłe mieszczańskiej mentalności pol-