Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lugi do zawieszania monotonii obrazów, lecz same będące odurzającym bogactwem kształtów i barw.
Raz były to twory regulujące samym istnieniem swych form ostatnie remanenty złoży religijnych przetransponowanych na zachwyt wielkością dzieł świadomości ludzkiej: olbrzymie muzea sztuki, biblioteki, zbiory zabytków — świątalne budowle na wspaniałych, śmiałych łukach wsparte — pod ich sklepieniami przepływają żywe rzeki, ruchliwe i szumne: żywioł mądry i zwinny.
Innym razem były to wielkie połacie kraju rolniczo uprzemysłowione — siedliska gospodarcze białe, czyste, słoneczne, drogi asfaltowe, autostrady, elektryfikacja gospodarcza — i mały pod kloszem rezerwat „chateński“ strzechą krytej, kurnej, z polską gnojówką przed oknami, z polskimi wszami — z tą jedną ozdobą izby ciemnej, klepiskowej, bez podłogi: trumienką z dzieckiem; rezerwat; eksponat z pierwszej połowy XX-go wieku.
To znów rozległe żelbetonowe robotnicze spółdzielnie fabryczne otoczone ogrodami, stadionami, basenami kąpielowymi —
I znów samotne, oddalone, ciche pracownie wynalazców i artystów — obserwatoria astronomiczne.
Meble, sprzęty i przedmioty wszelkie funkcjonalne, do pracy zręczne, do wypoczynku skłaniające.
Wizje architektoniczne wypracowane i szkicowane, pełne i zaledwie rozpoczęte — zachodziły na siebie, wyprzedzały się, spychały: zamęt i wir.
Wszystko to, oczywiście, dla tych, którzy nowym językiem przemawiają i nowy język rozumieją —