Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szeroka, wygolona twarz w mig pogodniała, zwężały się oczy, szeroki uśmiech zmiął i pofałdował policzki; głos na śmiechu schrypł i zmatowiał:
— ale by mnie i tak szkoda było — daleko to zielona granica? — Czechy to swojski naród — ; — co innego, żeby my, mieli swój rząd, toby było wiadomo czego bronić — ; — a co? za obszarników się bić? to ino wstyd dla chłopa — i — nima głupich —
— na razie nie zanosi się na wojnę —
— tak pon mówisz w trzydziestym trzecim — a pon wiesz co może być za pięć roków — ? — się ino pan popatrz co się w świecie dzieje — ; — w gębie u księży jest pokój i miłość bliźniego, poza gębą ani tyle co brudu za poznokciem —
Zaraz też skręcał i wskakiwał na ulubionego konika —:
— już ja ta nigdy nie zapomnę, jak mi ojciec zmarli, to na plebanii proboszcz do mnie powiada: — pogrzeb? dobrze, dobrze, a ile dasz? — mówię, czasy ciężkie, księże proboszczu, ale ojca uszanuję, dam sto złotych — a on na to jak nie wrzaśnie: takiś sam cham jak i twój ojciec, a to, powiada, było kupa chama, chodzę po kolędzie to wiem o wszystkim i wszystko znam, — za sto złotych? rób se bezbożniku sam pogrzyb; jak tak, no to już wiem, myślę se, pokłoniłem się i zrobiłem se pogrzyb som, ani mie pięćdziesiątki nie kosztował —
W niedzielne popołudnia czytywał amerykańską gazetę „Echo“; wuj jego żony był krawcem w Chicago, stąd ta gazeta.
Politycznie radykał, putkowiec; to ma dobry dźwięk po wsiach.