Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poprosił Cyprjana, żeby wstąpił do niego na chwilę: jest miód świeży i mleko; pan poeta pogardza mięsem, więc właśnie; bardzo prosi.
Leniwe pożegnanie, przeciągłe i bezcelowe. Zaświeciła świecę; olbrzymie nieporadne cienie zachwiały się na ścianach i suficie, wpadały na siebie, łamały się i wybiegały oknem i drzwiami.
Ręka jej była sucha i rozpalona.
W sieni trzeba było umitygować psa, który obiegłszy pola i zagajniki wpadł do futoru — poprzerażał i rozprószył króliki, których tu bieliły się całe chmary. Teraz przywarowany czatował na nie. Pokryły się i błyskały z kątów, z poza sąsieków, szaflików i konw czerwonymi ślepkami —: lampki małych lokomotyw dla krasnoludków; remiza.
W obszernej izbie gospodarza było miło, prosto, po chłopsku zasobnie; — grubszy gazda; praco wity i rozumny rolnik; dobrze uprawiona ziemia; pięć krów; para koni; pasieka. Ład we wszystkim i celowość.
Tomasz Boruta jak olbrzymia przewaga chłopów, antyklerykał i antymilitarysta; przy każdej zdarzonej sposobności mawiał:
— pięć lat się po frontach tłukłem, a co mnie w szkole i kościele uczyli „nie zabijaj“, to teraz mi mówili „zabijaj“ — dwie prowdy widać som; — pięć lat rujnowało się gospodarstwo; ledwiem wszystko do kupy skleił; — niechby mnie tylko próbowali zaś wziąść na wojnę — rypne im psiakrew karabinem pod nogi — mam gnić po rowach i ginąć na raty za jakieś tam pańskie sprawy, wole niech mnie rozstrzelają —