Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


(— muzy — muzy — muzy — jakże dobrze jest w tej chwili!—czuję oddech wasz na policzkach i we włosach — podmuch wiatru, to poruszony eter waszym tańcem — pachną ciała wasze zdrowym potem jak szlachetne wino —)
Oborski przemyca sprośną anegdotkę:
— czy się elektryczność je — ? — skądże! — a jednak, tatusiu, czy się ją je? — skąd ci to chłopcze przyszło do głowy?! — ale, tatusiu, czy się elektryczność je? — upiera się chłopiec; — powiedzże mi wreszcie skąd to głupstwo? — bo słyszałem, jak wczoraj ten kolega tatusia, pan Bolcio, mówił do mamusi w sypialni, jak to tatusia nie było, bo tatuś na posiedzeniu, to Bolcio pan mówił do mamy: zgaś kochanie elektryczność i weź do buzi —
Oborski się śmieje, aż się skukliwie zaniósł.
(— pocóż to tak teraz? — przy winie? — to do wódki takie bery; niepotrzebnie to mówi —)
A anegdociarza jeszcze korci:
— a znów innym razem ten sam chłopiec...
Doktór Ester wyrozumiał dysonans, bo znów rzekł:
— nunc est bibendum —
Ale jurny Oborski nie zraża się; rozsadza go, porzucił tę drugą fraszkę, lecz za to opowiada, jak za studenckich czasów urządzili sobie medycy bal w trupiarni; porozumieli się z woźnym, coś mu tam w łapę dali — onże truposze poodsuwał popod ściany — a hala to była, mówię wam, wielka, piwnica, podcienia sklepione — naschodziło się studenterii obojga płci hurma — muzykę mieliśmy swoją, wódy wystarczająco, bufet — no i bal jak cholera! —