Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


byłaś pyszniącą się matką — baczność! — a on, ten wybrany twój według przepisów, jak wyżej reprezentacyjny poszukał sobie takiej co to jeszcze dzieci nie; że to, powiada, przyjemniej.
Zbolały na głucho w tej chwili Cyprjan, recydywista, pyta niewybrednie — niewybredna bowiem jest boleść — : — i cóż? — dla czego? — i — czemu? — Ta tylko jest tu biologiczna pewność, że trzeba ci było, Mileńko, przystroju i ozdób dla jąder i prącia — niczym wszakże innym nic są błyskotki, szamerunki i barwność stroju jak właśnie dekoracją genitalii; — analogie przyrodnicze są tu zbyt wyraźne i pewne; przypomnieć — ? —: ostrogi = pazury, bagnet = szpony, siekacze — broń wszelka, szkoda gadać, — i sylogizm: samiec silny w boju, silny też i w rui, dobrze uzbrojony, mocno płciowo wyposażony. Słusznie; ale to i wszystko. Teraz, dopiero od tego miejsca można wieść dyszkur o człowieku —
I cóż — ? — źle — ? — bardzo źle! — kląć w żywy kamień, albo...

— no, dzisiaj to już musimy tę naszą zażyłość rzetelnie oblać, niema rady, trudno i darmo, musowo oblać; panu pić nie wolno, wiadomo — no, ale czerwone wino, Pomar, widzi pan, rzetelny, burgund nie zaszkodzi — kieliszek —
— gdyby się profesor o tym dowiedział —
— nie bądźcie kolego strachopudem —
To doktor Oborski i Maas. A te butelki to taszczy Oborski — zawinięte w kitel lekarski.
Zaraz też weszli Ester i Eilper.
— a gdzież nasz komunista — ? —