Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To wszystko było zupełnie co innego! nowego! niebywałego! — To było branie w posiadanie samej poezji, dna sztuki i inspiracji.
Sprawa już olimpijska. Tu słychać było, rozpryskujące się jak duże krople deszczu, z daleka padające na płyty dni dźwięki sirinks. Boskość i odrodzenie!
Napełniony był tą melodią jak elektrycznością — dotyk zjawisk wywoływał iskrzenie.
Nazwała go bożkiem.
Żył Cyprjan w opętańczym wirze, w płomieńnej zawiei; pomysły — wizje — koncepcje dramatyczne krążyły szalonym korowodem, otaczały go wzburzone warstwy powietrzne — maski — maski — maski — tragiczne — hieratyczne — satyryczne; — przestrzeń świadomości zaludniła się mnogością osób i zdarzeń, domagających się kształtu i życia — — nadążyć trudno — — dni i noce zdyszane — jawa kontynuowoła sny, sny wyłaniały się w sceneriach zamkniętych, zwartych, już skomponowanych.
I tak od pierwszej chwili.
Wpływ tej miłości, w której sama zmysłowość była niedecydującym elementem — był olbrzymi. Nagły, gwałtowny wzrost twórczości; pracowitość nieznużona; — sama rzemieślnicza praca, pisanie samo: czternaście godzin na dobę. Sen nie był już wypoczynkiem; był kontynuacją. Mózg płonął.
Wszystko to nie mogło ujść uwagi Wisi. Niewiele wprawdzie z sobą rozmawiali o jego zawodowych pracach — lecz falowanie nieustanne emanowało rwący nurt, — szumiał zbyt donośnie. Ściany promieniowały. Niepokój niepokoił.