Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przez półotwarte okno niósł się z dołu gwar i zciszony stukot miasta, woń ogrodów i westchnienie młodej ziemi uwolnionej z ucisku skwarnego dnia. Zmierzch.
Ho leżała na otomanie; oczy przymknięte; ręce odrzucone; taki biały krzyż. — Całował jej kolana — i to wąskie miejsce pomiędzy wysokimi pończochami a spodenkami.
Spłomieniał. Całował coraz gwałtowniej oczy, usta, włosy, wspaniałe, bujne włosy pachnące jak zioła na słonecznym wyrębie w czasie skwarnej posuchy; wodził delikatnie palcami po jej twarzy — piersiach — biodrach —
— parzą twoje dłonie —
I znów smukłe, długie nogi — wzdłuż — całe — — wtulił w nie twarz —
— umiłowana — umiłowana —
Przez zaciśnięte, wąskie wargi wy skamlała:
— rozedrzej —
Rozpuściła włosy, rozsypały się wzdłuż ciała, zaścieliły posłanie — opadały na podłogę.

— consumatum est —

Było w tym akcie panieńskie prawiczeństwo — — we wszystkim oporność, bezwdzięk, surowość, pierwotność; zwierzęco nieomal, wilczo.
Potem z uśmiechem:
— mniszka jestem —
— odradzasz się jak olimpijki —
— poeto —
— Pallado — pani Ho! — Ho —