Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


blada, że wprost fosforyzowała — oczy były lśniącymi okruchami zamarzłej nocy właśnie. Ręce jej lekko drżały.
Poznał też wszystkich uczestników czynnych w przemienieniu jego słów w strukturę obrazów i dialogów.
Czuł swą niezgrabność i zażenowanie; nieśmiałość; nie wiedzieć co mówić; — jakaż przestrzeń nie do przebycia prawie między tamtym pokojem na wsi, pracownią samotną, tym co tłukło się wzdłuż ścian, podłogi i pułapu, wybiegało za okno i gubiło się w gęstwinie drzew, w szumie rzeki, w modrości cienistej lasu — a tym tu kooperatywnym montowaniem, fachowością prawie, zdawałoby się, suchą i rutynowaną: spółdzielnią twórczą.
W pierwszej chwili połapać się w tym trudno; raczej więc patrzyć, słuchać, uczyć się i w myślach pilnie karbować, aby już potem samemu — —
— skąd takie poczucie sceny — ? —
— nie wiem; nie wiem nawet co to jest „poczucie sceny“ —
— chodził pan często do teatru — ? —
— rzadko — chyba gdy pani grała —
(— Marysiu! — wtedy przed tą nocą! — Marysiu — ileż tu z ciebie w tym dramacie rozebranym do koszuli — tak zwastydzająco — Marysiu! —)
Światło duże i wysokie, popołudniową porą jaskrawo nabrzmiałe — uderzyło w świadomość nieprawdopodobnym kontrastem;
(— zapomniałem, że istnieje dzień —)
dwoisty świat — jakaś tam (bo już są na ulicy —) termitów robota i powaga mroku, organi-