Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zacja odrębna i swoista — tu przepływ, zmienność, rozbieżność — niezorganizowane wszystko, nie— wy—re—ży—se—ro—wa—ne!
(— poza teatrem jest bezhołowie tematu i formy; teatr to konstrukcja —)
Odprowadził ją Cyprjan na jakąś ulicę; tam jadała obiady, pensjonat.
Podziękował jej — no, więc, za opiekę nad jego sztuką i tak wogóle, sumarycznie — długim spojrzeniem w duże, sowie oczy; — sowie... czarniejsze jak u sowy, sowa ma takie bursztynowe talary; przecież! — i jej oczy są bardzo mądre —
Wracał sam; oszołomiony i nagle osamotniony; — gdy szli razem plantami i ulicami — wszyscy oglądali się i szeptali — czuło się co mówili: że to ona, ta, wiecie, sławna; byłeś na... świetna!
Spotkali się wieczorem.
Nie grała dzisiaj.
W cukierni się spotkali.
W rynku, gdzie z wieży wpadają — chlup, chlup — dźwięki hejnału jak metalowe orzeszki do czarnej kawy.
Zaproponowała ogród wawelski.
Pojechali dorożką.
Wieczór już zapadał — zamek, wieże, budynki — czerniały w jaśniejącym tle nocy majowej.
Ogród królewski; nieduży ogród, wirydarz nieco posępny; kamienne ławy; z jednej strony wysoki mur zamku, z drugiej omurowanie szerokie, parapetowe — na szkarpie opadającej stromo do stóp wzgórza. W dole maleńka, lśniącą rzeka; to Wisła. Na przeciwległym brzegu konstelacje latarń