Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ona! — niespodziewanie, i tak bez przygotowania;— u tych drzwi teraz: ani wejść, ani się cofnąć —
Bąknął nazwisko.
— a, autor! — czekamy —
Podsunęła przegub lewej ręki tui ku oczom — dwoma palcami prawej pomanipulowała przy zegarku — odskoczyło złote wieczko —
— autor nasz spóźnił się —
Zatrzasnęła cichutko wieczko.
Głos niski, męski prawie i trochę jak to od papierosów; właśnie też pali. Ręce, tak, duże, piękne, wymowne; kilka pierścieni w antycznych emaliowanych oprawach; jeden zwłaszcza olbrzymi, lecz ten gładko ujęty; w platynę; jak się taki kamień nazywa, zielony, pewnie szmaragd; wielkości kociego oka; wypuklejszy; czasem kocie oczy mają taki kolor i blask — w mroku — przy skośnym świetle.
A potem: scena — pierwszy raz w dzień widziana, tak widziana: w rozebraniu, negliżu, w anatomicznej strukturze; — olbrzymia przestrzeń; wysoka; — pod odległym sufitem ganki jakieś, rusztowania zwodzone, platformy; — dookoła odwrócone blejtramy kulis; jakiś szczegół widoczny: kolumna, ściana pokoju z oknem, klomb kwiatów; — wszystko dalekie i blizkie wymową impregnowaną w każdej szmacie, gwoździu, sznurze, szczelinie, desce — — stąd to wzruszenie, uczucie pełne, religijne; cicho mówić! głowę odsłonić! schylić głowę! — klęknąć i rozmodlić mową psalmów i hymnów siebie i te przedmioty wyczekujące — ludzi tych tu — i tak sprosta rzec:
— zbudujemy tu przybytki wzniosłe i łaskawe —