Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się na to! — może później... najlepiej wtedy, gdy już wszyscy wejdą do wnętrza olbrzymiego gmachu — tam w tej wielkiej przestrzeni rozprószą się — tak się jakoś wydaje — i raźniej tak będzie — — niby co dopiero przyszedł — co? tak, tak, właśnie na próbę, przeprasza, trochę się spóźnił — — Ale nie teraz, byle nie teraz! — nikogo przecież w tej gromadzie nie zna; będą patrzyć na niego jak na raroga — no i najważniejsze: ona!
Któraż to godzina? — więc za dziesięć minut; powiedzmy za kwadrans, akurat będzie dobrze; w sam raz.
Ona coś tam mówi — śmieje się — wysoko usta otwiera w śmiechu — serdecznie się śmieje, całą sobą; — usta ma wąskie wciśnięte nieco między duży nos i brodę, mocno zarysowana broda, wola; — gestykuluje szeroko i wymownie — — i znów pomarańcza —
Teraz powstają ci tam z ławek — prostują się, otrzepują lekko ubrania wszyscy powoli wchodzą do teatru.
Ona jeszcze stoi na schodach — z boku, żeby tamtych przepuścić — rozgląda się dookoła — przy kłada lornią do oczu; — krótkowidzka — — rozgląda się po całym szerokim, słonecznym, wywietrzonym placu — dotknęła promieniem wzroku róg ulicy i Cyprjana — nie dostrzegła oczywiście — przecież go nie zna — zresztą na taką odległość — — Powoli zawraca ku drzwiom; weszła.
Pusto tam na tych schodach, na ławkach też, na całym placu.