Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zawrót, szum i dźwięczenie w uszach; twarz płonie; ustami zachwytuje spore hausty powietrza.
Zapalić papierosa! łamią się zapałki; jedna po drugiej; ostatnia zbyrka w pudełku; odpadła główka przy potarciu. — Podchodzi Cyprjan do jakiegoś przechodnia: „przepraszam“; papieros w palcach; wiadomo; „proszę pana“; lecz jak tu teraz zapalić? — ręce drżą jak w ataku ostrej febry; „pan chory“ — „tak, serce, ale to nic, dziękuję“ — nawet się uśmiecha, tak się tam tresowanie uśmiecha; przechodzień już dawno odszedł, a on stoi i uśmiecha się.
Myśl trzyma się teraz dymu tytoniowego, przeto utrzymuje się na powierzchni; nic tonie; lecz za to copochwila rozpływa się w powietrzu; niema jej; aż znów z tym dymem — —
Teraz!
Zatrzepotały się wnętrzności jakby szarpnięte prądem elektrycznym. Oparł się o mur — : — tam na schodach, raz, dwa, trzy, cztery — sześć stopni — na trzecim stopniu stała: wspaniała, duża, władcza — — w popielatym, luźnym płaszczu — — obiera pomarańczę — ręką, umiejętnie obiera — stąd widać wymowę tej wyrazistej ręki — — je — więc się naprzód pochyla by sok nie pokapał sukni — je — z koleżankami się dzieli wonnymi comberkami rozdzielonymi jak mięsisty kwiat na kolorowym kloszu skórki — — one wiotkie, barwne, świeże, muzyczne, nimfowe, wogóle nimfowe — stoją niżej z nieco podniesionymi głowami — ona ponad i tym bardziej wyższa — Melpomena i chór — —
Trzebaby podejść... trzeba... teraz? — nie, to niemożliwe, to zupełnie niemożliwe! nie zdobędzie