Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— niechaj nie przekroczy was — zbyt wyczekujących — szybki krok idących czasów —
— jesteście wszak szczytami! — niechże te szczyty zapłoną jasnym płomieniem, który wskazuje drogę nowego człowieczeństwa —
— i czyjąż, jeśli nie waszą, rzeczą jest podniesienie stanu posiadania etycznego najwyższego gatunku — ? — a to przecież finalnie ureguluje i byt i szczęsną radość bytu wśród wszystkich ludzi —
Senność przepływa z ciała do świadomości, zalewa ją jak przypływ piaski nadbrzeżne — chciwie wsysa świadomość łaskawość snu — — w półświetle zarysowuje się droga w to „jutro“ — droga prosta; niepolska wcale droga; nie łatwa; prosta to nie znaczy łatwa.
Zasnął.


Cyprjan zbudził się i spojrzał w okno. Szarzało ołowianie jak wtedy — w tamtym oknie wysokim, ponad studnią więzienną podwórza; wszystkie okna na świecie są już tylko tamtym oknem. Trwa.
Po powrocie na wieś, po owej złej nocy, było nad wyraz ciężko; po prostu: z czego żyć?! — Wisia sprzedała co tam jeszcze miała ze złotości — i pchali tak tę biedę; czworo; przybyła im — z tych urlopów — córeczka pulchna i czarnooka; napełniała dom płaczem, śmiechem i paplaniem; był też dom powtórnie jak gniazdo ludzkie uwite w gałęziach starych drzew.
Bieda. Długi. Weksle.