Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na widnokręgu dalekim zarysowuje się coraz wyraziściej znane pasmo gór; znane; tak; to Kaukaz; owe niebotyczne góry, które nic są niczym innym jak tylko męką ludzką, kamiennym wycierpieniem za tę iskrę zbawczego ognia skradzioną bogom, aby ludziom było jaśniej i cieplej.
Błogosławiony szum — napływa z cudownym
darem zapomnienia do śmiertelnie zbolałej świadomości ludzkiej.


Nazajutrz wyjechał Cyprjan z Warszawy. Trzema listami zlikwidował miniony okres: 1) do ministerstwa, że dziękuje, każdy go zdoła zastąpić; 2) do Irki: ojczyzna już wolna, na nic ci nie jestem potrzebny; 3) do Mikołaja Srebrempisanego: nie marznij i wiej co tchu z tej trupiarni; załączam klucz od mojego biurka. — Gdy nazajutrz Mikołaj otworzył to ministerialne biurko, znalazł w nim potrotowany tłusty papier ze szprotów i zdechłą mysz; chuda i wyschnięta leżała żałośnie na teczce z napisem: „prace dokonane i zamierzenia M. S. i K., sprawozdanie kwartalne“.


— co? — znów zastrzyk — ? —
— pewnie, dzisiejszy rentgen nawet sroższy niż poprzedni, na ślepą kiszkę, wiadomo —
I znów sceneria ta sama: akwarium, nurkowie i nurczynie w iskrzących fartuchach — fosforyczny poblask w gęstej mgle i ćmie; — tym razem pacjent leżąco; wlewają weń nieprawdopodobne ilości roz-