Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zapadłe oczy. Fala nieustępliwych wysiłków woli rewołucyjnej całego świata napełnia drganiem aparat słuchu — — szyfr stukany delikatnie lecz wyraziście — to stamtąd ten głos, stamtąd od posągu robotnika młodego — on jeden ostał się po przewianiu tamtych zwidzianych maszkar — on jeden — i oto teraz młotkiem, który trzymał w prawej ręce (— lewa nakrywa wciąż daszkiem oczy, wypatrujące uparcie pełni dnia —) wystukuje o metaliczną pierś:
— : — . — przeminął znów okres .. — etap — . — — więc dalei — . — . — trzeba pójść do najnędzniejszych, ku biedocie — . — ku temu co zda się niczym, a jest przecież czymś niezmiernie ważnym: trudem istnienia — . — i wierzyć — . — i walczyć — . — . — : i nie ustawać — — aż nadejdzie dzień wyrównania wszelkiego, dzień radości istnienia nie tłumionego przemocą, wyznaczonego rytmem pieśni pracy pospólnej, dzień człowieka prawdziwie wolnego — — — — — — — — —
Nie słychać już strzałów.
Cofnęły się dzieje.
Zorza blednie.
Zaczyna się szary dzień.
Równocześnie ogłuszający szum wodospadu przerzuca się z pośród wyrw skalnych — rwie i wali opętanie przez oślizgłe kondygnacje głazów, olbrzymim łukiem spada w kamienne dno przepaści i rozpryskuje się w pianę i mgłę.
Aż tu na podłogę na tym piętrze wysokim przez otwarte okno wpadają gęsto krople siępy.
Szum, szum, szum, sama melodia gwałtu i żywiołu.