Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— tak jest istotnie —
W oknie całym, na całym błamie nieba, które tu widać w wykroju marnym nad posępną jak więzienie studnią podwórzową — czerwień, zakrzepła, spalona zła czerwień —
— i pocóż tu siedzisz poeto, na tym oknie—?—
— ślęczysz, wypatrujesz —
— cóż wyślęczysz, cóż wypatrzysz — ? —
— samobójstwo? — z piątego piętra na łeb — na beton — ? —
— czemuż bledniesz? — daj spokój idiotyzmom —
I znów te wywody głodomora:
— dookoła martwe szkliwa szyb, jak stosoczewkowe oczy muchy — — oczy ślepe, jak moje wypłakane nad niedolą oczy, oczy milionów pokoleń niewolnych, poddańczych, sponiewieranych, wyzyskiwanych — — oczy nijakich, powszednich domów, w których czają się troski, choroby, nieszczęścia i tragedie ludzkie, domy kołyski przeklinane, domy trumny nieubłagane — —
— czy tym wypatrywaniem — —
— czego? —
— pogody, ładu; szczęścia pospólnego —
— no — ? —
— pytam: czy tym wypatrywaniem teraz czerwone — ? — czy tak — ? — czy to tylko zwyczajne zjawisko przyrodnicze, ot: odbija się zorza w szybach, no to i czerwone — takie sobie, powtarzam, zjawisko przyrodnicze ani okrutne, ani jakieś tam, obojętne