Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dom, ogród i las — tym czuć było — — wtedy oszalałam —
Zanim zdołał cośkolwiek rzec, ogłuszony, zamącony, przerażony do głębi — — odwróciła się powoli — —
Patrol wszedł w boczną ulicę.
Poszła za tym patrolem. Chwilę — tupot butów. Coraz szybszy. — Cisza; a potem obłąkany śmiech napełnił ulice trwogą i szaleństwem.
Uciekać!
Śmiech wydłużył się w skowyt i płacz.
Podudniający nad dachami grzmot zsuł się gradem twardym w kanion ulicy — zagłuszył tę opętaną mękę.
Cyprjan biegiem dopadł do bramy.
Nareszcie pokój! — okno otwarte — — usiadł na parapecie.
Straszne spotkanie! — obłąkana?, ojciec alkoholik?, nimfomania? — i cóż za znaczenie mają te leksykonowe słowa wobec drżącego grozą powietrza, rozsadzającego ulice?! — — przerażający rozkład młodego mózgu — potępieńczy krzyk; groza ostatnia — ; — i cała ta dzisiejsza noc! Ostatnia w mieście tym noc — bo cóż to? — i co? — i jak — ? — Myśli przestały sprawnie zazębiać się w siebie; nawet ich energetyczny automatyzm przestał działać.
Cyprjan stracił rachunek zdarzeń i czasu.
A krótka już noc; — ponad dachami szarzeje — — Irka i cała ta sprawa zobojętniała mu zupełnie; przestała istnieć.
Z oddali gęste odgłosy strzałów armatnich — coraz dalsze i bardziej stłumione —