Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uśmiech zwinął się, spełzł, spadł.
Zbliża się — krok jeszcze — już stoi przy nim tuż —
Buumm — —
(— ten strzał jakoby dalszy —)
Rozszerzają się przed nim oczy, oczy przerażone, straszne, jakby mętnym, dymiącym światłem pełgające — — obłędne! — — Wargi wyrzucają gardlane słowa, opryskują śliną:
— tak — uciekłam do wojska — bo — — jak ty na mnie patrzysz — murzyniątko (— rechoce krótko i zarwanie; czkawka —) — chcesz mnie? — wszyscy mnie chcą i ja chcę wszystkich —
— Genia, co ty mówisz —
A ona rękę wyciąga do jego spodni — obmacuje i miętosi —:
— choć pod bramę — — czemu mnie zaczepiasz? — ja cię nie znam — ktoś ty? — wszystko jedno — —
Buumm — —
(— znów bliższy, przeciągły grzmot —)
— Geniu — opamiętaj się — co ty — —
— no, co tam gadasz, choć prędzej — (— gniewna, nagła, brutalna —) — dawaj go zaraz — tu do muru — przyciśnij po — —
Podzwania krokami chodnik kamienny; zbliża się patrol; oficer i dwóch żonierzy.
Spojrzała w ich stronę. — Nagle inna i spokojna; opuszcza rękę; szeptem, modlitewnie prawie — nawet dłonie założyła na piersi —:
— matka to tak, że klękała — ja wiem, ja wszystko wiedziałam — a potem cała, ona, pokoje,