Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wytrzeźwiał.
Buumm —
Okute buty zbliżają się z bocznej ulicy. Pewnie znów patrol. — Coraz bliżej. — Nie — to żołnierz;— ale dziwny jakiś; buty — bluza — ale te spodnie — cóż takie szerokie? — no bo to spódnica. Ochotniczka więc. Było tego też sporo w owych czasach; okrucieństwo tych lat nie miało granic.
Zrównali się przy węgle. — Już ją ma minąć — spojrzał: — pod furażerką żółta matowa twarz, oczy rybie, sino podkute, wargi blade, spękane, w kątach krople pienistej śliny — ; — wzdrygnął się —:
— Genia! — panno Geniu — pani tu —
Popatrzyła na niego jak z za dymu lub mgły — źrenice od wewnątrz zwichrzone i samożywe wizjami i obłędem — wszelkie zjawiska zewnętrzne służą tylko do potrącenia, do wprowadzenia w ruch natręctw i maniackich zwidzeń; takie te oczy. — Zatrzymała się. W tym źle skrojonym, szorstkim mundurze jeszcze niezgrabniejsza, zniekształcona fatalnie.
Zrobiło się nagle bardzo nieprzyjemnie, dziko.
Buumm — —
— zaciągnęła się pani do wojska — — Nie pytanie nawet, rozpaczliwe wymijanie na wąskim torze, żeby uniknąć zderzenia, bo koniec —
Genia przybliża się do niego powoli, z umęczonym skrzywieniem — zmięły się i sfałdziły woskowe policzki obcym, nijakiem uśmiechem —
— pan Cyprjan —
Chce jej podać dłoń, wyciąga rękę — ale ona jakby na baczność stoi, nieruchomo —
— a pani Kle, mama — ? —