Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


po przywitaniu przykucnął na laskich nóżkach i oburącz poklepał Irkę po tyłku; zarechotał przy tym głośno, aż się ludzie oglądali. Zadowolony wykrzykiwał głośno, że pierzemy bolszewików siarczyście, dranie myślały kraj zająć, hoho! nie łatwo to! — my się, powiada, nie damy! — jakby była potrzeba to nawet onby poszedł, ale nie potrzeba, dadzą sobie bez niego rady, a on jest urzędnik nieodzowny. I tak tam plótł przez całą drogę, że się niedobrze robiło.
Nocy tej miał Cyprjan spać u Irki. A tu: nie! zajęte! — Aż dziw, że go to tak przejęło; lecz musiał przed sobą przyznać, że go jasna cholera bierze. — W ciągu dnia, przy nadarzonej sposobności, przyszło z Irką do scysji —:
— jakto u ciebie będzie spać — ? —
— no, a gdzie, przecież mąż —
— taki byk! — zresztą kocham cię i... za narzeczoną cię miałem — (wyplatam duby smalone — chociaż...)
Nagle mu się jej zachciało! Koniecznie! — a ona:
— wiedziałeś, że ot mężatka jestem —
— wiedziałem, wiedziałem, ale nie wiedziałem, że się z nim obłapiać chcesz —
— jakiś czas to i nie chciałam, to on powiedział, że nie jest żadnym eunuchem.
— więc? —
— no cóż, no cóż — (źle nawet udawała to zmartwienie) —
Cyprjana rozsadzała zazdrość. Przez cały dzień. Z godziny na godzinę — coraz gorzej; pod wieczór już niedowytrzymania. I te kontrowersje głupie: rozsądek mówi, że usrać się na to! — a on, ten instynkt